Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
597 postów 6826 komentarzy

www.myśląca.pl

alfa.com.hel - Chcę zamieszczać rozważania biblijne, świadectwa Bożego działania i poezję...Mój status- nauczyciel na emeryturze- humanista, teolog; dobra znajomość zagadnień biblijnych i egzystencjalnego wymiaru Słowa Bożego.

ŻYCIEM MALOWANE.... Slajdy przeszłości...

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

„.....ten, kto jest uformowany na fundamencie Miłości Rodziców, przetrwa wszelkie burze, a jeśli nawet przyjdzie zwątpienie, to jego myśl powróci do rodzinnego gniazda .....

  Moja I Komunia Święta

 

„.....ten, kto jest uformowany na fundamencie Miłości Rodziców,

                 przetrwa wszelkie burze,

                  a jeśli nawet przyjdzie zwątpienie,

                  to jego myśl powróci do rodzinnego gniazda

                  i na nowo rozbudzi obrazy   Ż Y C I E M   M A L O W A N E.....”

 

 

                                                     Świętej Pamięci Moich Ukochanych

                                                     Rodziców

                                                    oraz Przyjaciół z mojego dzieciństwa:

                                                    Śp. Marysi (Anna)    

                                                     i śp. Księdza Bolesława- „mojego Księdza”.

                                                                                              

                                                                               Helena N. Z domu Huber

 

                                                        Ż Y C I E M     M A L O W A N E     

                                                                        (Fragmenty)

 

                                               „...Dni człowieka są jak trawa;       

                                              kwitnie jak kwiat na polu:

                                              ledwie muśnie go wiatr, a już go nie

                                              ma,                    

                                              i miejsce, gdzie był, już go nie poznaje.”    

                                                                                                    (Ps 103,15-16)

 

 

 

 

R o z d z i a ł I

 

Zanosiło się na burzę.

Ciężkie, nabrzmiałe chmury przetaczały się nad niskimi zabudowaniami wioski; zdawało się, że lada moment, swoimi uczernionymi brzuchami, dotkną kominów; dym nie mogąc się przebić ku górze, tłoczył się po dachach, po konarach drzew, skąd powiew wiatru przeganiał go na wolne przestrzenie.

Anna zeszła pośpiesznie na dół, aby pozamykać okna i drzwi w dolnej kondygnacji budynku, gdzie znajdowały się pomieszczenia „czteroklasówki”, a w drugiej połowie, salki przedszkolne i sekretariat; pomieszczenia gospodarcze usytuowane były w „domku” na podwórzu.

Sprawdzenie całego obejścia zajęło jej sporo czasu, na koniec zamknęła bramę wjazdową i małą ogrodową furtkę, przystrojoną po bokach kępami strzelistych malw. Cała posesja oddzielona była od ulicy rzędem gęsto rosnących krzewów morwy, a od strony zachodniej ciągnął się niewielki sad.

Wzmagał się wiatr; nabierając siły w porywach, szarpał konarami drzew, napędzał burzowe chmury, od których robiło się wokół szaro, jak po zachodzie słońca.

Ludzie śpiesznie zjeżdżali z pól; drabiniaste wozy były załadowane po brzegi suchym, pachnącym sianem; spędzano stada porykujących krów, a domowe ptactwo z głośnym gęgotem i gdakaniem śpieszyło do kurników.  

Na horyzoncie, na tle granatowych chmur, zajaśniały pierwsze świetliste zygzaki błyskawic; grzmoty, chociaż jeszcze odległe, złowrogim hukiem zapowiadały, że burza zbliża się i lada moment będzie się przetaczać nad wioską.   

Anna jeszcze chwilę obserwowała zabudowania znajdujące się w sąsiedztwie, i krzątaninę ludzi na podwórkach, wróciła do domu dopiero wówczas, gdy pierwsze krople deszczu zimnym dotykiem ochłodziły jej odsłonięte ramiona.

Były wakacje.......

                                                                  ~~~~~~~~~~~~

 

Tuż przy rozwidleniu, na niewielkim wzniesieniu królował kościół parafialny, do którego zapraszała Niepokolana, stojąca na szczycie, przy frontonie kościoła.    

Można tu było przyjść o każdej porze dnia, wejść do wnętrza by posiedzieć w ciszy, albo przystanąć przy odrzwiach i zadumać się chwilę przy Piecie, gdzie Niepokalana jest Matką, której Serce przebił Miecz Boleści.

W bocznej nawie stała przepiękna figurka świętej Tereski od Dzieciątka Jezus, trzymającej w dłoniach krzyż przystrojony różami.

Anna uklękła u stóp Świętej i wpatrzyła się w jej oblicze, czytając z niego Wszechobecną Bożą Miłość. Nic nie mówiła, o nic nie prosiła, chciała tylko, żeby ta Miłość przelała się w jej serce, niosąc ukojenie i pocieszenie.

Czas płynął, a ona wciąż klęczała...    

Dopiero postać Księdza, przechodzącego przez Prezbiterium, przerwała tą cichą kontemplację; dźwignęła się z kolan:

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

- Na wieki wieków- temu pozdrowieniu towarzyszył śmiech ks. Bolesława; zawsze się śmiał, i to całą piersią- a cóż mi to, że Anna przychodzi do mnie?- śmiał się parafrazując słowa z Ewangelii.

- A gdzież pójść, księże, gdy ciężko? Gdy dusza się szarpie, a serce zaciska, gdzież pójść?

- Chyba musimy porozmawiać? Może pójdziemy na plebanię?- właśnie miałem jechać do was, żeby zawieść dzieciom malowanki do religii, a to mi się upiekło- znów dał się słyszeć serdeczny śmiech.          

Był to człowiek dość wysoki, chudy, odziały w mocno pocerowaną sutannę; na nogach widać było sfatygowane obuwie; z tym wszystkim przypominał Biedaczynę- św. Franciszka, bo i też naturę miał franciszkańską.

 

Całe popołudnie Anna spędziła z rodziną Karoliny; w spokojnym, pełnym radości domu wszystkie przykre sprawy odpływały wraz z mijającym dniem; znów wracał jej wewnętrzny spokój, znów uśmiech pojawił się na twarzy, bo chociaż nikt i nic nie mógł jej przywrócić utraconej rodziny, to jednak tutaj mogła odpoczywać w serdecznej atmosferze, przytulić się do Karoliny i chociaż na chwilę odczuć ciepło matczynego serca.

- Wie pani? dzisiaj zrozumiałam, jak mało znam tutejszą społeczność- powiedziała w zamyśleniu.

- Nic dziwnego, my mieszkamy we wsi od pięćdziesiątego roku i też nie ze wszystkimi się znamy. Ludzie zostali przesiedleni z różnych stron, nigdy wcześniej się nie znali, a do tego mają poza sobą przykre doświadczenia i być może ciężkie przeżycia. Wojna wycisnęła piętno na każdym z nas, staliśmy się nieufni, zamknięci przed innymi; trzeba czasu, żeby się zaprzyjaźnić; dwa, trzy lata, to za mało. Niektórzy mieszkają tu chwilowo i będą mogli wrócić do swoich wiosek, inni, z różnych względów muszą zostać tutaj na stałe, a są też tacy, co nie mają gdzie wracać.

Nie znam się na tym, ale jak pani spyta mojego męża, to wytłumaczy te sprawy jaśniej.      

- Co mam wytłumaczyć?- zapytał Michał wchodząc do domu.

- Ale masz słuch...Widzisz, pani Ania wyrzuca sobie, że nie poznała tutejszych ludzi, a ja mówię, że my wszyscy znamy się za mało, no i przyczyny są różne, ale ty rozumiesz to lepiej.

- Karola, zrób herbatę, a my sobie porozmawiamy. Pani Aniu, to wszystko nie jest takie proste- zwrócił się do Anny- i nie o wszystkim można mówić otwarcie.

Była pani świadkiem Powstania Warszawskiego, prawda? Więc dobrze pani wie, kto nas „bronił”.

- Nikt nas nie bronił, panie Michale! Stali za Wisłą...

- Ale nas „wyzwolili”, i stworzyli rząd, rozumie pani?- 3 X TAK...choć w nas było jedno wołanie: Nie! Nie! Nie!... Tych, co byli bardziej aktywni, trzeba było przesiedlić, rozproszyć...No i jesteśmy tutaj, na nowej ziemi, zupełnie dla siebie obcy. Wie pani, że w swoim własnym domu trzeba uważać co się mówi i ściszać głos?- bo w wiosce, choć takiej małej, nie brak donosicieli. Więc jak ludzie mogą być otwarci wobec siebie?- przecież każdy z nas ma jakąś historię, o której musi milczeć. A donosiciele wcale nie muszą się wysilać, mamy przecież „opiekuna”, który przyjeżdża tu co tydzień i krąży od domu do domu. Później przychodzą wezwania do UB- w.........

                                                            ~~~~~~~~~~~~~~~~

Z p a m i ę t n i k a  A n n y

Czerwiec 1939 rok.

Już wakacje. Wzięłam do ręki świadectwo i dopiero wówczas zdałam sobie sprawę z tego, że to koniec nauki, koniec codziennych zajęć, spotkań z koleżankami.

Popołudniu byłam z Jankiem w naszej kawiarence, a później spacerowaliśmy nad Wisłą.

Była między nami jakaś uroczysta cisza, jakaś zmowa czułego milczenia. Czyżby udzielił się nam spokój nagrzanego powietrza?- a może leniwy nurt Wisły swoim cichym pluskaniem ukoił nasze zmysły? Dopiero zachód słońca przypomniał nam, że wokół świat tętni życiem, że wciąż trwa dynamizm chwili i dnia, że jest pora powitań i rozstań, i właśnie pora wracać do domu.

Jaka miłość jest piękna- zwłaszcza o zachodzie słońca...Dobranoc Jan.    

Znów przerzuciła kilka kartek:

Sierpień 1939 rok.

Coraz częściej słyszy się o wojnie...Atmosfera na ulicach, a także w naszej kawiarence, jest przytłaczająca. Poruszaliśmy z Janem ten temat i było nam trochę smutno, bo przecież mamy tyle planów, tyle jeszcze przed nami. Dzisiaj Jan poprosił mnie o rękę.

A jeśli wybuchnie wojna?- zapytałam. Odpowiedział, że wojna nie stłumi naszej miłości, a później zacytował werset, który często odczytywaliśmy z kart Biblii:

                „...jak śmierć potężna jest miłość... 

                żar jej to żar ognia...

                ...Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości,

                 nie zatopią jej rzeki...”(Pnp 8,6-7

Lubię wracać do tych słów, bo one mimo, że są słowami Bożymi, mówią mi zawsze o miłości Jana.

Noc przecierała zaspane oczy. Spojrzała na zegar, później na zdjęcie...Zamknęła zeszyt...

Dobranoc Jan...pora spać, jutro też jest dzień...

                                                              ~~~~~~~~~~~~~~~

 

A o czym ten odczyt?

- „Nauka o pochodzeniu człowieka”- już mieli pierwszą część, teraz mają przeprowadzić drugą.

Ale tym razem chcemy się przygotować, bo nie można się godzić na ich poglądy- przecież dla nas prawda zawiera się w słowach: „Wierzę w Pana Boga, Stworzyciela..”, a oni wywodzą nasze rodowody od małp i szydzą z nas prosto w oczy; niby są tacy mądrzy, a my niedouczeni prostacy. Proszę Księdza, jak się mamy zachować?

Ksiądz bardzo uważnie słuchał i na chwilę przestał się śmiać, sięgnął po Pismo:

- Przede wszystkim musicie zachować spokój, ale nie bać się podejmowania dyskusji. Myślą żeście niedouczeni?- to bardzo dobrze, nie wyprowadzajcie ich z błędu, bo i tak nie poznają się na waszej mądrości. Jak to jest napisane?- zaraz...o tu: „Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas...”(1 Kor 1,18), albo tu: „Czyż nie uczynił Bóg głupstwem mądrości świata?” (1 Kor 1,20 b)- myślę, że pierwszy i drugi rozdział z tego listu, przyda się wam w dyskusji. Ma pani Pismo?

- Nie, nie mam. Przepadło w czasie wojny, a nowego nie można nigdzie dostać.

- No, to siadamy do maszyny, proszę papier i kalki; pierwszy rozdział od 18-tego wersetu, i drugi od 7-go wersetu........

                                                           ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Dziękuję pani Anno, niech Pan Bóg wynagrodzi...Ja też mam do pani prośbę: W niedzielę w katedrze we Fromborku, będzie odpust, przyjedzie Biskup, więc w czasie mszy świętej udzieli sakramentu bierzmowania. To rzadka okazja, kto czuje się przygotowany, może się wybrać, żeby w tych uroczystościach uczestniczyć. Miałem jechać, żeby was powiadomić, ale jeśli można, to poproszę panią o przekazanie tej wiadomości. A teraz z Bogiem, śpieszę się na nieszpory.

Będę ciekaw, jak wam poszło z tym odczytem.

Narzucił swoją wycerowaną sutannę i żegnając się, śpiesznie poszedł do kościoła. 

Było już późne popołudnie, gdy wracała do domu; na polach było jeszcze gwarno, jeszcze rozlegał się turkot snopowiązałek, rżenie koni, cierpliwie czekających na załadowanie drabiniastych wozów, pokrzykiwanie woźniców. Tylko bardzo czułe ucho mogło wśród tego gwaru usłyszeć śpiewy skowronków, trzepoczących skrzydełkami ponad ziemią; ziemia absorbowała wszystkie zmysły, a krótkie przerwy w pracy zapraszały do orzeźwiającego napoju i wypoczynku.

Anna podziwiała pracę tych ludzi, ich wytrwałość i samozaparcie- jeszcze mieli ochotę do żartów.  

Tych, pracujących w pobliżu ścieżki, pozdrawiała ciepłym słowem: - szczęść Boże”, na co odpowiadali: - „daj Boże”, a czasem ktoś dowcipny, w odpowiedzi zawołał:- „lepiej, jak ktoś pomoże”- i uśmiechali się serdecznie do siebie.

Ludzie ze wsi nie lubili, gdy ktoś „popisywał się pańskimi manierami”, dla nich tylko ten, kto potrafił być, tak po ludzku, zwyczajnym człowiekiem, takim, który nie boi się pobrudzić rąk i schylić karku, był swój i przed takim otwierali swoje serce na oścież. A taka była Anna...

Zbliżając się do wioski powiadamiała żniwiarzy, o niedzielnych uroczystościach, a na koniec zaszła z tą wiadomością do Karoliny.

- Mówi pani, że będzie Biskup? I bierzmowanie?- musimy się wybrać.

Lenka, najmłodsza córka Karoliny, uważnie przysłuchiwała się tej rozmowie

 - Mamo, to ja pójdę do bierzmowania.

- Co ty mówisz? Jesteś jeszcze dzieckiem. Dopiero rok temu byłaś u Pierwszej Komunii...

- Ale nasza pani powiedziała, że jestem dobrze rozwinięta, prawda? I przeniosła mnie z drugiej klasy, do trzeciej. A teraz skończyłam już czwartą- to co? Mogę pójść?

- Chyba mamusia nie zgodzi się na to? - starsza, Madzia zwróciła się z tym pytaniem do mamy.

- Kto to widział, żeby takie dzieciaki szły do bierzmowania, co ona w ogóle rozumie? A spowiedź?

- Przecież do niedzieli zdążę.

- O co się spieracie?- zapytał Michał, wchodząc do domu.

- Tatuś wie co ona wymyśliła?- mówi, że w niedziele idzie do bierzmowania- wyjaśniła Madzia.

- Nie zabraniajcie. Jeśli ma takie pragnienie, niech idzie.

- A co ze świadkiem?- spytała mama- teraz wszyscy zajęci, zapracowani.

- Poproszę panią Kierpcową, ona już nie wychodzi w pole.

- A masz wybraną patronkę?- w pytaniu Madzi słychać było nutę żalu, za to, że jej uwagi nie zostały wysłuchane; Madzia zawsze była zasadnicza, miała swoje zdanie i zawsze broniła swoich racji.

A już w sprawach religii?- pytana czasem dlaczego jest taka nieugięta, odpowiadała, że będzie zakonnicą....

- Pewnie, że mam patronkę- świętą Tereskę od Dzieciątka Jezus.

- A czemu właśnie Ją?- sprawdzała Madzia- może podobają ci się te róże, które trzyma?

- Podoba mi się, że nie żałowała takich pięknych róż dla Pana Jezusa.     

Wszyscy zamilkli, tylko Michał z uśmiechem podkręcił wąsa:

- No i co teraz powiecie? A ty się szykuj na niedzielę, my też pojedziemy.

- Jeśli tak, to masz za zadanie powiadomić innych, żeby też się wybrali, dobrze?

- Dobrze pani Aniu, wszystkim rozpowiem.

I pełna radości pobiegła, żeby wprowadzić w czyn swoje przyrzeczenie........

                                                          ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Piękne sierpniowe święto pachnące ziołami i kwieciem, szumiące kłosami dojrzałych zbóż, złocone słońcem...Wniebowstąpienie Najświętszej Marii Panny.

Katedra tego dnia była udekorowana bukietami kwiatów, wstęgami z przypiętymi do nich wiankami z przeróżnych ziół, ludzie też byli ubrani odświętnie, kolorowo. 

A zjechali się ze wszystkich pobliskich wiosek: wozami, pociągiem, rowerami- powoli zapełniały się boczne uliczki i plac katedralny.     

Ksiądz Proboszcz przekazał informację, że przed uroczysta mszą, przed katedrą będzie wkopany Krzyż Misyjny, następnie będzie Msza Święta z udzieleniem Sakramentu Bierzmowania, a po zakończeniu liturgii, Ksiądz Biskup dokona poświęcenia. Po tej informacji z tłumu oddzieliła się grupa silnych mężczyzn, którzy byli wyznaczeni do przeniesienia i zainstalowania Krzyża. W tym samym czasie ludzie na placu zostali otoczeni kordonem milicji - tłum zareagował na to niespokojnym, gniewnym szmerem. Obok milicji kręcili się „panowie po cywilnemu”.

- Zachować spokój, nie rozchodzić się, razem jesteśmy silni- przekazywano sobie „z ust do ust”.

Michał ścisnął dłoń Karoli:

- Nic się nie bój- powiedział szeptem- pilnuj dziewczyn. Jak zajdzie potrzeba, to też pójdę pomóc.

Skinęła głową dając w ten sposób znak, że wszystko rozumie.  

Tymczasem mężczyźni nieśli krzyż; przed katedrą był wykopany dół, a obok leżały, przygotowane liny i sznury. W kordonie milicji widać było małe zamieszanie, jakby funkcjonariusze nie wiedzieli jak mają się zachować- wskazówką dla nich był tylko wzrok, poprzez który ludzie mówili:

- „Tylko spróbujcie”; wszystkim udzielał się niepokój, ale nikt nie opuścił placu... 

Mężczyźni oparli krzyż na dużych kamieniach, tak aby jego końcówka była tuż przy wykopie; jedni zabrali się do zakładania lin na poprzeczną belkę inni stali obok, aby długimi podporami pomagać  przy ustawianiu krzyża do pionu. Na ten czas wszyscy wstrzymali oddech; krzyż był potężny i bardzo ciężki, każdy zdawał sobie sprawę, z jakim niebezpieczeństwem połączona jest ta czynność.

Milicjanci zachowywali się tak, jakby mieli za chwilę ruszyć w stronę ludzi... 

W pewnej chwili, krzyż zachybotał i wydawało się, że za chwilę upadnie- ludzie wstrzymali oddech cofnęli się w tył i znieruchomieli. Krzyż zaczął przechylać się w lewo...

- Jezus! Maria!- z ludzkich piersi wyrwał się jęk trwogi...

- Naciągnąć linę! - Bardziej w prawo!- ciągnij....! Uważaj! Trochę popuść!- padały komendy. Mężczyźni stojący najbliżej, podbiegli do pomocy; po pewnym czasie udało się zrównoważyć naprężenie lin.  

Krzyż jeszcze raz zachybotał, ale jego dolny trzon już zaczął osuwać się do przygotowanego wcześniej wykopu; pozostało tylko obłożyć go kamieniami i zalać cementową zaprawą, a na wierzch nasypać warstwę ziemi.

- Dzięki Bogu!- dopiero teraz tłum odetchnął, dzieło zostało ukończone, teraz można było przygotować się do mszy świętej...A kordon milicji stał nadal...

Lenka obserwowała całą tą sytuację, ściskając w dłoniach obrazek świętej Tereski od Dz. Jezus- pierwszy raz świadomie uczestniczyła w czymś bardzo ważnym, co działo się na jej oczach.

To już nie były jakieś mgliste obrazy, nad którymi zastanawiała się: co znaczą, skąd je pamięta, o które musiała dopytywać dorosłych; to, co widziała teraz, działo się obok niej- tu i teraz.

- Skup się na bierzmowaniu- szepnęła pani Kierpcowa.

Ale doznane wcześniej uczucia, były dla niej tak silne, że przez całą mszę była myślami na placu katedralnym, gdzie nadal stał tłum ludzi, a poza nimi rzędy niebieskich mundurów.

Ściskała mały obrazek, który dostała na pamiątkę tego dnia, i całą duszą szeptała:

- „Pod Twoją Obronę Święta Boża Rodzicielko...” Oderwała się od tych wrażeń dopiero w chwili, gdy Ksiądz poprosił, aby kandydaci do bierzmowania i świadkowie ustawili się wzdłuż głównej nawy.

Była przejęta uroczystością sakramentu, a przy tym obawiała się, że Biskup może zauważyć, że jest mała, więc przez cały czas wspinała się na palcach.

- Bogu dzięki, udało się - odetchnęła z ulgą, gdy dotknięcie policzka oznajmiło jej, że sakrament już się dokonał.

Po zakończeniu mszy, wszyscy wyszli na zatłoczony plac, gdzie Ksiądz Biskup rozpoczął celebrację aktu poświęcenia Krzyża po czym tłum zaśpiewał:

„My chcemy Boga, Panno Święta

    O usłysz naszych wołań głos

    Miłości Bożej dźwigać pęta

    To nasza chluba, to nasz los...(pieśń kościelna)

W tym śpiewie przejawiała się siła tłumu i moc wiary, która była zdolna zwyciężać tych, co uważali się za silniejszych od nich - może właśnie zrozumiał to dowódca milicyjnego kordonu, bo nakazał odmarsz.

A śpiew był coraz głośniejszy, nabrzmiały ludzkimi przeżyciami, ludzkim bólem i gniewem...

Mieli bowiem przekonanie, że obecność milicji w tym miejscu i w tym dniu, nie była przypadkowa. Mogli to wszystko wyrazić śpiewem, śpiewał więc każdy- duży i mały, od dziecka po starca...

Przebrzmiały ostatnie słowa, ucichła pieśń, a oni stali jeszcze przez pewien czas,

wpatrzeni w Misyjny Krzyż.

- Popatrzcie jak silny jest ten Krzyż; myśleliśmy, że upadnie, gdy się zachwiał, a on stoi; tak i nam trzeba silnie stać!- doniosłym głosem zawołał jakiś stary człowiek i zaintonował pieśń:

 „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród

     Nie damy pogrześć mowy

     Polski my Naród, Polski Ród

     Królewski Szczep Piastowy........”

   „......Tak nam dopomóż Bóg...”( Rota- Maria Konopnicka)

Do spontanicznego śpiewu starca natychmiast dołączyli wszyscy zgromadzeni; powietrze zadrżało mocą tej pieśni; ludzie stali, ramię przy ramieniu, dumnie wyprostowani, z oczami utkwionymi w „Drzewo Krzyża”, później przyklękli do pożegnalnej modlitwy, żeby dziękować Panu Bogu za wszelkie otrzymane dobro, a u stóp Krzyża złożyć codzienne troski i wszelkie prośby.    

- Na nas też pora, idziemy na dworzec, na pewno będzie o tej porze jakiś pociąg- oznajmił Michał..........

                                                           ~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Droga biegła przez las, pod górę; obok drogi, wśród drzew, rozłożyły się kępy jagodzin, borówek, a niekiedy, na nasłonecznionych miejscach, czerwieniło się od poziomek.

A wśród listowia drzew rozlegały się świergoty, gwizdy i trele, kukania, pukania.

Wśród buków widać było przerytą ziemię- ślady po stadach dzików, za to przy świerkach i sosnach zadziwiały swoją wielkością, utworzone kopce mrowisk.  

- Spójrzcie na to piękno- odezwał się Michał- na tą precyzję w przyrodzie. Tego nie stworzyły ludzkie ręce, to są Ślady Nieznanego Boga.

I wszyscy, w cichym zachwycie, patrzyli na piękno przyrody, na ślady życia ptaków i zwierząt, i tych małych mrówek, starając się odczytać z tego Boży zamysł dla Ziemi i Ludzi.....

                                                               ~~~~~~~~~~~~~

- Dlaczego nie możesz?- zdziwił się Janusz.

- Widzisz, mój tato w czasie wojny był w AK. Nie znam szczegółów, nie wiem jak to było, dość, że w czasie wojny miał dokumenty na inne nazwisko. To pomogło mu ukrywać się , gdyż po wojnie groziło mu aresztowanie. Wyjechali na te tereny, a wcześniej wzięli ślub, żeby i mama mogła przyjąć inne nazwisko. Gdy wróciłem z Niemiec, oni już mieszkali w Naruszu- to jest miejscowość na trasie do Fromborka...( miejscowość -Narusa- w potocznej mowie używano nazwę- Narusz) Byłem u nich, ale wkrótce po tym, jacyś mężczyźni dopytywali mnie o mojego ojca. Byli tu dwa razy, co znaczy, że nadal go poszukują. Myślę, że są z UB i nie mam pewności czy mnie nie obserwują, więc nie mogę ich odwiedzać- rozumiesz?

- A ja w czym mogę ci pomóc?- zapytał Janusz.

- Chciałem cię prosić, żebyś pojechał tam za mnie; odłożyłem trochę pieniędzy, chciałem im pomóc no i zapytać co u nich.

- Jasne, że ci pomogę, ale przysługa za przysługę- wyjął z portfela zdjęcie dziewczyny.......

                                                      ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Z pamiętnika Anny

Czerwiec 1941 rok.

Dzisiaj poszliśmy z Janem do „naszych”, na Żolibóż. Niestety, za laskiem bielańskim zobaczyliśmy samochody, słychać było niemieckie komendy...

Wracamy- powiedział Jan.

Udało się nam przedostać do dworca zachodniego i stamtąd przejechać w stronę domu.

Mój Boże- Warszawa w gruzach; rozwalone domy straszą kikutami kominów, czernią wypalonych okien i drzwi, zawalonymi stropami...

Janku, co będzie z nami?- spytałam.

Aniu, wojna nie będzie trwała wiecznie, musimy żyć nadzieją, że nie potrwa długo.

I pamiętaj o naszym przyrzeczeniu- cokolwiek by się stało, zaraz po wojnie spotykamy się w naszej kawiarence- Jan przytulił mnie dodając mi tym odwagi....

Podniosła wzrok znad notatnika, spojrzała w okno ubarwione czernią nocy; księżyc wypływał powoli na nocną wędrówkę. Zamyśliła się na moment, a później jakby tchnięta jakąś myślą odłożyła notatnik i sięgnęła na półkę po zeszyt z bieżącymi zapiskami..........   

                                                              ~~~~~~~~~~~~~~ 

- Słuchaj kolego- Janusz przystanął. Jego twarz zmieniła się nie do poznania; usta miał dziwnie zaciśnięte, a w oczach gniewny błysk.

- Słuchaj kolego- powtórzył raz jeszcze- czy ty w ogóle wiesz coś o życiu? Posmakowałeś wojny, czy siedziałeś u tatusia na zapiecku? Wiesz, co to jest strach? A może wiesz co się czuje, gdy nikt,  z tych co mogą, nie śpieszy ci z pomocą, tylko czeka, aż padniesz? Nie, ty nie wiesz, bo ciebie tam nie było- gdybyś był, nie agitował byś za mieszkanie „jak kolega, koledze”. Mam nadzieję, że któregoś dnia otworzą ci się oczy, kolego! I jeszcze jedno; masz szczęście, że dzisiaj wszystkim dobrze życzę- nawet się nie żegnając, szybko odszedł. Jeszcze raz rzucił okiem na zdjęcie i znów się uśmiechnął.

 

Nie myślał więcej o incydencie na ulicy, ale nazajutrz okazało się, że nie jest to temat jednego dnia; w przerwie śniadaniowej odwiedził go znajomy, ten sam, który zaczepił go na ulicy.

- Janusz, co ty? Obraziłeś się wczoraj, że tak odszedłeś bez pożegnania?

- Słuchaj, Paweł. Nie zrobisz ze mnie aktywisty, więc nie próbuj. Chcesz się ze mną przyjaźnić, proszę bardzo, ale bez agitacji. I nie staraj się mnie kupić.

- Ej, tam, od razu kupić. Tak tylko ci powiedziałem, po koleżeńsku, bo przy przydziale mieszkania trzeba mieć poparcie organizacji zakładowej. Chcę ci tylko pomóc, przecież nie będziesz całe życie lokatorem w hotelu, zastanów się... Mógłbyś, na przykład w niedzielę, wyjechać z nami na wycieczkę, poznać nas bliżej. I dopiero później zastanowić się i podjąć decyzję.

- Tak, a nad czym miałbym się zastanawiać? Przecież ja znam wasze hasła, pełno ich na zakładowych gazetkach.......

                                                              ~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Z pamiętnika Anny

Czerwiec 1941 rok.

Dzisiaj poszliśmy z Janem do „naszych”, na Żolibóż. Niestety, za laskiem bielańskim zobaczyliśmy samochody, słychać było niemieckie komendy...

Wracamy- powiedział Jan.

Udało się nam przedostać do dworca zachodniego i stamtąd przejechać w stronę domu.

Mój Boże- Warszawa w gruzach; rozwalone domy straszą kikutami kominów, czernią wypalonych okien i drzwi, zawalonymi stropami...

Janku, co będzie z nami?- spytałam.

Aniu, wojna nie będzie trwała wiecznie, musimy żyć nadzieją, że nie potrwa długo.

I pamiętaj o naszym przyrzeczeniu- cokolwiek by się stało, zaraz po wojnie spotykamy się w naszej kawiarence- Jan przytulił mnie dodając mi tym odwagi....

Podniosła wzrok znad notatnika, spojrzała w okno ubarwione czernią nocy; księżyc wypływał powoli na nocną wędrówkę. Zamyśliła się na moment, a później jakby tchnięta jakąś myślą odłożyła notatnik i sięgnęła na półkę po zeszyt z bieżącymi zapiskami........   

                                                          ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

 

Za oknem była ciemna noc, milcząca i głucha na wszelkie żale i skargi; czasem tylko wiatr odpowiadał szelestem drzew, a deszcz wtórował mu łkaniem, łzawymi kroplami spływając po szybach. Dopiero ranek przyniósł ukojenie; zgasły gwiazdy, wypogodzone niebo znów stroiło się w piękne błękity, a promienie słońca przypominały o codziennych obowiązkach.

Dni potoczyły się teraz o wiele szybciej; na podwórzu, w czasie przerw lekcyjnych, spotykały się dzieci szkolne z przedszkolnymi; wszystko wokół ożywiło się ich śmiechem, zabawami i śpiewem; wewnętrzne rozterki odpłynęły w niepamięć pozwalając, aby praca wypełniła każdą wolną chwilę.

Wydawało się, że już nic nie może zakłócić tej radosnej atmosfery, a jednak...

Pod koniec października, na szkolny plac zajechał samochód; wysiadło z niego dwóch mężczyzn.

Najpierw weszli do szkoły, wprost do klasy, gdzie odbywały się lekcje. Nauczyciel, po krótkiej rozmowie z nimi zwrócił się do dzieci:

- Proszę, żebyście opuściły klasę- w jego głosie dzieci wyczuły jakaś niepokojącą nutę. 

- Nie ma takiej potrzeby- powiedział jeden z mężczyzn- dzieci mogą być w klasie.

- Nie, ja nie wyrażam na to zgody- stanowczo sprzeciwił się wychowawca.

Dzieci wyszły na szkolny korytarz z niepokojem, ale też z ciekawością, czekając: co dalej?

Wreszcie poproszono je, aby wróciły na swoje miejsca.

- Zobaczcie, mamy nowe obrazy- zauważyła Marysia Kinalów.

Istotnie, na ścianie były zawieszone portrety marszałka Rokosowskiego i Bolesława Bieruta- jeden z panów objaśniał dzieciom co to za osoby.

- A gdzie jest Krzyż?- spytał nieśmiało jeden z chłopców.

Zapadła cisza, tymczasem panowie skierowali się, poprzez podwórze, do skrzydła przedszkolnego. Znów chwila rozmowy, wyjaśnień:

- Proszę zdjąć krzyż - poprosił jeden z panów.

- Przepraszam, ale ja tego nie zrobię- oznajmiła Anna.

- A to dlaczego? Wiecie, co może was spotkać za taką postawę?

- Proszę wybaczyć, ale już nic gorszego spotkać mnie nie może ponad to, czego doznałam dotąd.

Nie po to uczyłam dzieci pacierza, żeby teraz je ogłupiać.

- To wyprowadźcie dzieci do drugiej sali.

Oczy Anny błyszczały od gniewu i łez, ale była bezsilna wobec zaistniałej sytuacji........

                                                       

                                                       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~    

 

Listopadowe dni zagościły po wiejskich obejściach, na polach i łąkach, naznaczyły swoją obecność szarością poranków i wieczorów; kapryśna aura przeplatała słoneczne dni, z dniami pełnymi wilgoci i siąpiącego deszczu, albo z wiatrem pędzącym po niebie skłębione, ciemne chmury.

Skończyły się wykopki, z kołchozu zwożono tuczniki na skup; chłopi dopiero teraz mogli się zająć swoimi przydomowymi działkami, mimo to pamiętali o zaopatrzeniu plebani.

Jedni przywieźli ziemniaki, inni warzywa, jedna z wiosek dostarczyła połówkę świniaka, a jeszcze inna zebrała składkę na zakup bielizny i odzieży dla księdza. Wśród podarunków była też nowa sutanna. To był ich Ksiądz; zawsze życzliwy, wyrozumiały, znający ich potrzeby.

Jego kapłaństwo było prawdziwą misją Bożej Miłości względem ludzi; ksiądz Bolesław nigdy nie

wyceniał swojej posługi, nie prosił o pieniądze, mawiając:

- „ Pożycza samemu Panu- kto dla biednych życzliwy, za dobrodziejstwo On mu nagrodzi”.

(Prz 19,17 )- czynienie dobra było jego naturą.      

Tego dnia, mimo jesiennego chłodu, wyszedł do ogrodu, aby sprawdzić ogrodzenie i naoliwić zamek przy furtce. Co chwilę słyszał pozdrowienia przechodzących ludzi: „Pochwalony..” i „Szczęść Boże”, na co odpowiadał: „ Na wieki...”, „Daj Boże”, a czasem przystawał przy płocie, by zamienić kilka słów, zapytać o zdrowie i o codzienne sprawy.

- Szczęść Boże, a co to ksiądz w takie zimno na ogrodzie?- obok furtki stała Nastka z Tomkiem........

                                                                 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Spadł pierwszy śnieg bieląc wokoło pola i łąki, otulając drzewa w puchowe kożuchy.

Na podwórku szkolnym zadomowiły się śniegowe bałwany, a na pagórkach, za wioską zaroiło się  

od sanek i przeróżnych akcesoriów służących do zjeżdżania po ośnieżonym zboczach.

Kilkoro dzieci zdobyło deszczułki ze starych, drewnianych beczek- oszlifowane, przywiązane do butów „udawały”, w zależności od kształtu, łyżwy, albo narty.

 

Niech jeżdżą. Nie szkodzi, że na prowizorycznym sprzęcie, ważny jest ruch na świeżym powietrzu- co do tego, wszyscy rodzice byli zgodni. Poza tym, zimą nie było pracy w polu, czy w ogrodzie, więc dzieci miały dużo swobody.

Nowy nauczyciel- pan Jan Chrobot, zachęcał do wspólnych zabaw, do walki na śnieżki, do konkursów na „orły”( zabawa w pozycji leżącej), zapowiedział też wycieczkę nad zalew wiślany, gdy tylko solidnie zamarznie, a dla dziesięciorga dzieci organizował wyjazd do Sopotu, na choinkę noworoczną. Wśród tej dziesiątki była też Lenka, wyróżniona jako prymus szkoły......

                                                                   ~~~~~~~~~~~~~~

 

- Nie myśl o tym, mamy krzyż wypisany w sercu- stamtąd nikt ci go nie zdejmie, chyba, że zrobiłabyś to sama.

- Co tatuś mówi? Jak bym go zdjęła?- jest i już. Ale czasem zastanawiam się, co to wszystko znaczy?; we Fromborku stawiali krzyż, a wkoło była milicja, a teraz nie ma krzyża ani w szkole, ani w przedszkolu, czemu komuś przeszkadzało, że wisiał? Czemu tak jest?

- Jak będziesz starsza, to zrozumiesz, ale pamiętaj, żeby nie stracić tego krzyża, co jest w sercu.

- Ksiądz, też tak mówił. A przed pierwszą komunią, to powtarzał kilka razy, a na koniec powiedział: „Zapamiętajcie na całe życie- Bóg jest wszędzie, i tu w kościele, i w domu, i na podwórzu, i w waszych sercach”. Mówił tak samo jak tatuś.

- No, to zapamiętaj, i jego zapamiętaj na całe życie, bo to święty ksiądz.

- A pani Ania, to nadal modli się z dziećmi, i przyniosła malowanki, to dzieci malują i robią wystawę swoich prac i przez to mają bardzo dużo krzyży- zaśmiała się Lenka.        

- Widzisz jak to sprytnie pomyślane?- i tak trzeba.

Na dworze wciąż padał śnieg, było go coraz więcej, trzeba było codziennie odśnieżać ścieżki.

Zbliżał się świąteczny czas; w pokoju, jak zwykle stanęła choinka ustrojona przeróżnymi ozdobami z kolorowych papierów, ciastkami, jabłuszkami, łańcuchami oplatającymi gałązki, a wśród tych świecidełek błyszczały cukierki, kusząc dzieci do ich podbierania i zostawiania na drzewku pustych papierków. Z kuchni rozchodził się zapach świątecznych ciast; Karolina miała pełne ręce roboty, bo na Wigilię były zaproszone trzy rodziny: dwie rodziny Osojców, rodzina Walczyków i oczywiście Anna, a poza tym mógł przyjść każdy; młodzież miała się zejść po wigilii ze swoimi rodzinami.

Antoni pozostał na święta ze swoją żoną, Niusia pojechała do nich, ale za to do domu przyjechała Julka; wyrosła przez ten czas, wyładniała; nadal miała piękne, długie warkocze w kolorze lnu, luźno puszczone na ramiona. Cieszyła się ,że wreszcie jest w domu i od pierwszej chwili włączyła się do pomocy mamie; lepiła pierogi, smażyła ryby, gotowała bigos i inne potrawy, a wszystko, co przyrządziła było bardzo smaczne...~./.....

                                                                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Karolina przerwała te smutne wspomnienia, podsuwając półmiski.  

Na stole było dwanaście potraw: barszczyk z uszkami, pierogi, kluski z makiem, śledzie, ryby smażone i w galarecie, chleb i ciasta; kilka mis z potrawami przyniosły zaproszeni goście.

Anna zapatrzyła się w nakryty stół- podziwiała potrawy?- czy dyskretnie ukrywała łzy, co na moment zakręciły się w oczach.

- „Jezus malusieńki....”- zaintonował Michał po powrocie od zwierząt.

Była to jego ulubiona kolęda, szczególnie przy słowach: „Bo uboga była, rąbek z głowy zdjęła...”, rozczulał się niemal do łez.

Lenka rozumiała to po swojemu:

- Tatuś pewnie śpiewa o mamusi, jak w czasie wojny otulała nas czym mogła- myślała w głębi duszy; miała mocno rozwinięty zmysł obserwacyjny i zwykle widziała więcej niż inni.

Właśnie tego rodzaju spostrzeżenia zainspirowały ją do napisania krótkiej nowelki p.t.

„Smutne dzieciństwo”, później do wiersza dla mamy...

Teraz też obserwowała tatę zastanawiając się, co jeszcze zaśpiewa tego wieczora. A śpiewał przepięknie; czasem, w przerwie pomiędzy kolędami, przytaczał wersety z Ewangelii, aż dziw, że mówił z pamięci........

                                                                ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

- Kto idzie na pasterkę, to ubierać się, bo zaraz wychodzimy.

Madzia z Lenką poderwały się z krzeseł.

- A wy dokąd?- zapytał Staszek.

- Jak to dokąd? Z wami, na pasterkę. No nie martw się, nie usnę- Madzia przekonywała brata..

- Ale ona zostanie w domu- zwrócił się w stronę Lenki- zaspy większe od niej.

- A dajże jej spokój, niech idzie. Jak będzie trzeba to ją poniosę „na barana”.

I tak dzięki wstawiennictwu Mariana, poszła i ona.

Za wioską widać było, że zima nie żartowała tego roku; wszędzie, jak okiem sięgnąć bieliło się od śniegu, nie było widać drogi, nie było śladu po miedzach; pod butami skrzypiał ścięty mrozem śnieg. Tylko znajome drzewa wskazywały, którędy iść, żeby nie wpaść w rów pełen śniegu.

- Dalej, wskakuj „na barana”- zachęcił Marian.

- Za to, że jesteś taki dobry, to jak urosnę, będę ci prasowała koszule- obiecała Lenka.

- A będziesz umiała pocerować skarpetki?

- Już umiem, to wcale nie trudne.

- No, to za to mogę cię nieść z powrotem.

- Już dzwonią dzwony. Wyciągać nogi, bo jeszcze kawałek drogi przed nami.

Zdążyli przyjść na czas.

Lenka wsłuchiwała się w kazanie, bo z mszy, odprawianej po łacinie niewiele rozumiała.

Ksiądz głosił o narodzeniu Syna Bożego, o pastuszkach, królach i aniołach, a ona zapatrzyła się na choinkę na której poruszały się ożywione ruchem powietrza papierowe anioły i miała wrażenie, że ten na górnej gałęzi, to jakby jej Anioł Stróż. A na postumencie, koło choinki, stała jej ulubiona Tereska:

- Pewno też się śpieszy do żłobka, przecież ona jest właśnie od Dzieciątka Jezus- rozmyślała Lenka.   

Kościół przepełniony ludźmi, był rozśpiewany, radosny. Skończyła się pasterka, a chociaż wiele osób już wyszło, to przecież inni wciąż śpiewali........

                                                           ~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Minęły Święta i Nowy Rok...i kolędowanie księdza, połączone z podarkami dla najstarszych i najmłodszych z poszczególnych rodzin, minął czas świątecznych odwiedzin...

Wydawało się, że wioska wtulona w śnieżną pierzynę ułożyła się do zimowego snu; wkoło panowała cisza, przerywana tylko niekiedy głosami rozbawionej dzieciarni, ale i one, z racji mrozów, wychodziły teraz na dwór rzadziej niż zwykle.

Ziemia zmrożona w twarde grudy, skuliła się pod białym puchem, czekając na wiosenny czas, kiedy będzie mogła wydać z siebie całe bogactwo roślin, a na zaoranych polach wchłonąć w swoje wnętrze ziarno pod nowy zasiew; znów się potoczy życie, podporządkowane swoim biologicznym rytmom, poprzecinane porami roku; obudzone wiosną zatętni pracą, obmyje się ludzkim potem, by wyrzucić z siebie resztki ospałości, później, razem ze słońcem wznoszącym się coraz wyżej, osiągnie apogeum swojej żywotności, by znów powoli przechodzić w stan spoczynku.  

Ale tego roku wieś obudziła się znacznie wcześniej, wstrząśnięta niecodziennymi wydarzeniami........

                                                      ~~~~~~~~~~~~~~

 

 

Ludzie we wsi też powoli zapominali o całym zajściu; nikt nie miał odwagi pytać o losy starej kobiety, żeby nie myślano, że wtrąca się w cudze sprawy, a i zima nie stwarzała okazji do spotkań,

w czasie których byłaby okazja do rozmów i do zdobycia jakichś wiadomości.     

Na dworze szalały śnieżne zamiecie; mróz skuwał lodowymi taflami kałuże i stawy; spady dachów przyozdobiły się w misternie rzeźbione sople lodu, które zawisały ku ziemi niczym architektoniczne ozdoby; w nie dogrzanych mieszkaniach bardzo często gościł chłód. 

Wioska, jeszcze niedawno ożywiona, rozgadana, przypominała teraz człowieka, którego obudzono za wcześnie, przeciera więc zaspane oczy i ma ochotę znów zapaść w drzemkę.    

Tylko pośród nocy, potężne grzmoty przypominały, że mimo zimy, ziemia nie śpi.

To zalew, skuty lodem, ogłaszał wszem i wobec potęgę natury; odśrodkowe prądy wodne

wyrzucały na brzeg wielkie bryły lodu, formując z nich nadbrzeżne skały; towarzyszyły temu huki podobne do grzmotów.  

O pięknie tych lodowych skał opowiadali mężczyźni, którzy zimową porą pracowali przy wycince trzciny (na potrzeby budownictwa). Anna początkowo słuchała tych opowieści z lekkim niedowierzaniem, ale gdy Madzia i Lenka potwierdziły, że tak jest naprawdę, wówczas i ona zapragnęła zobaczyć ten lodowy świat.

- To może i królowa śniegu tam mieszka?- śmiała się przywołując treść bajki poznanej w dzieciństwie, a teraz czytanej dzieciom w przedszkolu- nigdy, nawet w marzeniach, nie pomyślałam, że mogę zobaczyć taką scenerię w naturze. Trzeba się tam wybrać i zobaczyć to na własne oczy. Ale kiedy?- dni są krótkie, szybko się ściemnia.

- Tu mrozy trzymają długo; jeszcze do końca lutego zalew będzie skuty lodem, wtenczas dni będą dłuższe; można też wybrać się w którąś niedzielę. A jak ładnie poprosicie, to zawiozę was saniami.

- Dziękuję, panie Michale, jeszcze nigdy nie jeździłam saniami, więc chętnie skorzystam.

- No, to ustalcie termin i pojedziemy.......

                                                        ~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Tymczasem jestem tutaj, w pobliżu zalewu, w małej wiosce wtulonej w przepiękną panoramę lasów i łąk. Teraz jest mroźna zima z obfitością opadów; drzewa okryły się czapami śniegu i z szumem wiatru ślą w stronę ludzkich domostw skrzypiącą muzykę starych konarów; łąki jęczą suchymi badylami ostów i traw...Ale latem wszystko się zmieni: drzewa przystroją się w zielone szaty, łąki okryją się wielobarwnymi kobiercami, wzdłuż ścieżek i miedz rozkwitną chabry i maki, a w powietrzu unosić się będzie zapach zbóż i ziół; wszystko wokół wypełni się śpiewem ptaków i muzyką koników polnych.

A jutro wybiorę się nad zalew; czasem wśród nocy słyszę jak huczy i grzmi; woda skuta taflami lodu, buntuje się, chce rozerwać wiążące ją lodowe okowy i w tej zaciekłej

walce wyrzuca na brzeg bryły lodu. Wszystko się zgadza: lodowa kraina, zamek, w którym pewno mieszka królowa śniegu, i dziewczyna, która chce odnaleźć swego przyjaciela...     

                                                          ~~~~~~~~~~~~~~~~

Tutaj po raz pierwszy usłyszała mowę polską w przeróżnych dialektach; surową, nie wygładzoną, i bardzo daleką od książkowej, do której była przyzwyczajona; początkowo nie akceptowała zachowania ludzi.

- Jakie to prostackie- myślała.

Później odkryła, że to nie prostactwo, a prostota, a to, co często nazywała wyrachowaniem, to po prostu realność twardego życia; natomiast mowa, którą tu słyszy, to Polska właśnie, z całym swoim bogactwem akcentów i dialektów, na które, jak na tło, kładzie się cień historii- migracja ludności.

Zaczęła się wsłuchiwać w ludzkie historie życiem malowane, w pieśni i dumki, i ludowe przyśpiewki, i obserwować szarą codzienność spracowanych ludzi.

Ileż ci ludzie musieli doświadczyć, zanim spotkali się na tym skrawku ziemi, co miał być dla nich „ziemią obiecaną”, a tak naprawdę przez kilka lat był ziemią kołchozowej wspólnoty, im pozostał papierek- zapis wieczystej dzierżawy, wetknięty pomiędzy rodzinne dokumenty i wyczekiwanie na „orkę na swoim”.

W rozmowach z ludźmi wyczuwała ich wielką tęsknotę do rodzinnych stron, które musieli opuścić, co najczęściej wyrażali śpiewem, a czasem ubiorem; tu po raz pierwszy usłyszała:

„ Na Podolu biały kamień

    Podolanka siedzi na nim

    Siedzi, siedzi, wieniec wije

    Przyszedł do niej Podoleniec.....” 

A także: „Zachodzi słoneczko, za las kalinowy...”, „Zachodź że słoneczko, skoro masz zachodzić..”,

„Po co żeś mnie matuleńko....”, „Nad wodą wieczorna porą...” i bardzo smutna dumkę „o brzózce, co wiatr ją giął...”. Nie brakło też piosnki: „Ta joj, ta Jóźku..”, „Hej sokoły..”, i o „dzikich stepachza Bajkałem”.

A wśród ubiorów królowały wzorzyste zapaski i spódnice pani Jakubikowej i jej siostry, tkane z wełny, w poprzeczne pasy o wielobarwnym ornamencie, i tak samo utkane narzuty na łóżka.....

                                                          ~~~~~~~~~~~~~~~~

 

- Józef, weź no trochę drzewa pod kuchnię, bo nie będzie na rano.

Janusz już trochę wyciszył swoje emocje, a kolacja smakowała mu jak nigdy, i nawet jedzenie nie przeszkadzało mu, żeby się śmiać i żartować.

- Jedz, jedz, bo jutro pół dnia będziemy poza domem, a na mrozie to nie jedzenie.

Przez całą noc nie zmrużył oka, najchętniej już teraz pobiegł by nad zalew, w to miejsce, gdzie niedawno była Anna; rozmyślał, co też ona mogła tutaj robić? Skąd się tu wzięła?- takie zakątki nigdy nie przyszły mu na myśl, dotąd myślał raczej, że znajdzie ją w środowisku miejskim, przecież tam łatwiej o pracę...No chyba, że przyjechała tu do kogoś, a jeśli tak, to czy nadal tu jest?

Przy takiej gonitwie myśli nie mógł zasnąć, a noc dłużyła się niemiłosiernie. Wszyscy spali, tylko nie on; co pewien czas spoglądał w okno wyglądając ranka, ale widział tylko czerń nocy.

I wreszcie nadszedł upragniony świt; okna przetarły zaspane oczy i strojąc się w szare błękity ogłaszały początek dnia.

Wyruszyli zaraz po śniadaniu; mimo, że był początek lutego, śnieg nadal grubą warstwą okrywał ziemię; tego roku trzymały mocne mrozy i na razie nic nie zapowiadało odwilży.

Sanie sunęły leśną drogą, później wyjechali na wolną przestrzeń i mijając małą wioskę, znów wjeżdżali w las.

- Spójrz tam, na lewo, widzisz? W tej wiosce mieszka rodzina pana Michała- pan Józef zwrócił się do syna- jak się ociepli i przejdą roztopy, to odwiedzimy ich; zobaczysz jak się ucieszą

- Ja już się cieszę...Daleko jeszcze?

- Jeszcze tylko miniemy ten las i już będzie widać zalew.

- Tylko ten las... a duży ten las?

- W ogóle to bardzo duży, ale my jedziemy skrajem, a nie w głąb. O, patrz, już drzewa się przerzedzają, zaraz wyjedziemy.

Istotnie, sanie wynurzyły się z lasu; po prawej stronie drogi widać było zabudowania: samotnie stojący duży dom, a obok niego stodołę połączoną z oborą.

- Tutaj mieszkał Michał, zanim opróżnił się jego dom we wsi, tam gdzie mieszka teraz.

- To tu nikt nie mieszka?

- Z jednej strony mieszka rodzina, ta co przedtem, a na miejsce rodziny Michała wprowadziła się rodzina, która mieszkała na koloni, pod lasem...No to jesteśmy na miejscu...

Minęli przejazd kolejowy i sanie zatrzymały się obok brzegu; kilka ostatnich metrów przeszli pieszo. Tutaj, na dużej otwartej przestrzeni, wiatr sprawiał, że odczuwało się większy chłód; jęczały zmarznięte trzciny, a tuż za nimi ujrzeli zalew- ponury złowrogi. Na rozległej tafli lodowej wiatr wyprawiał dzikie harce; jak oszalały gnał przed siebie, nawiewając pasy zmrożonego śniegu, to znów cichł, by za chwilę zawrócić i gnać w inną stronę; chwilami zaszumiał tuz obok nich, później pędził poprzez trzciny poświstując złowrogo, jakby nabierał siły, żeby za chwilę uderzyć w lodową taflę. Góry lodowych brył, sterczące przy brzegu, jeszcze bardziej podkreślały te niecodzienne widoki; długo patrzyli na zalew skuty lodem. 

- Latem też taki groźny?- zapytał Janusz.

- Bywa różnie; czasem jest łagodny, połyskujący drobnymi falami, które z pluskiem przypływają do brzegu, innym razem zmienia swą barwę, ciemnieje, a na jego tafli ukazują się białe grzywy niewielkich fal, ale gdy przychodzi sztorm, to burzy się i huczy, zamienia się w żywioł pełen grozy.

- Przepraszam, czy może mi pan pokazać, gdzie pan widział Anię?.........

                                                                ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Macie zdolną córkę; jeszcze dziecko, jedenasty rok życia, a już czytamy w druku jej wiersz. 

Teraz zaopiekuje się nią Świat Młodych, już my zadbamy o jej rozwój. A dzisiaj chcemy, żeby wystąpiła w czasie masówki.

Twarz Michała pobladła; do tej pory wypowiadał się w swoim imieniu, mógł więc mówić odważnie o wszystkim bez względu na skutki, teraz dotyczyło to jego dziecka. 

Skulił się w sobie i pełen zatroskania patrzył na tych obcych ludzi, którzy przyjechali, pewno z Elbląga; całym sercem czuł jak osaczają małą dziewczynkę, jego największy skarb, jak rozciągają swoje macki, żeby zawłaszczyć ledwo rozbudzony talent dziecka.

 

- Do czego to doprowadzi?- ta wizyta nie wróżyła niczego dobrego- owszem, marzył, żeby Lenka kiedyś w życiu została dziennikarzem, ale to on miał jej pomóc w dojściu do celu, to on miał jej „towarzyszyć w drodze”- tymczasem panowie jakby nie pamiętali o tym, że obok nich stoi rodzic. 

Michał wiedział, że jego sprzeciw niczego nie zmieni, może natomiast wywołać u dziecka niezrozumienie tej sytuacji; postanowił zachować milczenie, rozważając w głębi duszy sposób na przekazanie swoim córkom, tym najmłodszym, historii przemilczanej w szkole. Chciał jednak, żeby ten przekaz nie był podany w formie nakazów, czy zakazów, ale żeby same umiały analizować zdarzenia i fakty, wyciągać wnioski- był pewien, że tylko ten, kto jest uformowany na fundamencie Miłości Rodziców, przetrwa wszelkie burze, a jeśli nawet przyjdzie zwątpienie, to jego myśl powróci do rodzinnego gniazda i rozbudzi na nowo obrazy ŻYCIEM MALOWANE...

                                                           ~~~~~~~~~~~~

 

- Mamusiu, zobacz jak tu ładnie- odezwała się Lenka.

Istotnie; łąka była umajona kwieciem i zielem dziurawca, strojącego się w pąki, a w górze ścigały się jaskółki, trzepotały skrzydełkami skowronki; wszystko wokół dźwięczało cudowną muzyką- cichą, subtelną i radosną osnutą szumem wybujałej oziminy, jękiem owsa i jęczmienia

- Tak, tutaj jesteśmy prawdziwie wolni...tu o wszystkim się zapomina.

Lenka zwróciła szczególną uwagę na duże kępy dziurawca; miała wrażenie, że w jednej z gazet czytała niedawno o Herbapolu, z punktem w Tolkmicku, gdzie prowadzono skup ziół.

- Trzeba się tym zająć- pomyślała, snując już plan pomocy dla rodziców...

Las witał swoich gości zapachem poziomek rosnących na nasłonecznionym brzegu, wilgotnym zapachem mchów i żywicznym zapachem sosen.........

                                                              ~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Karolina próbowała nawiązać rozmowę z mężem, ale Michał był zamyślony i milczący, a wieczorem zaszedł do Osojców, żeby posłuchać wiadomości, a te nie były budujące; „Wolna Europa” donosiła o rosnącym niezadowoleniu robotników, o krótkotrwałych strajkach, mających charakter sporów załogi z dyrekcjami zakładów pracy, wywodzących się z partyjnego nadania.

Z radiowych przekazów dowiadywali się o konfliktach na skutek decyzji władzy dotyczących poziomu życia ludności, konflikty o przydział mieszkań, złe zaopatrzenie sklepów, szczególnie

zakłócenia w dostawach chleba, czego jaskrawym przykładem były strajki w czerwcu i lipcu 1951 r.

w Zakładach Żyrardowskich...I o fali niezadowolenia po zniesieniu systemu kartkowego w styczniu 1953r.- słuchali tych wiadomości w skupieniu, chłonąc każde słowo.

Któregoś wieczoru Michał zamyślił się na moment, a później zanucił; na początku powoli, jakby nieśmiało, później coraz głośniej, kładąc nacisk na poszczególne słowa:

„....Spod znaku Maryi rycerski my chów, błogosław nam Chryste na bój, stajemy jak Ojce by służyć Ci znów, My Polska, My Naród Lud Twój...”

- Michał śpiewa?- zdziwili się zebrani „słuchacze”.

- Przypomniał mi się dzień, kiedy montowany był Krzyż Misyjny we Fromborku. Pamiętacie tego staruszka?- wydawałoby się, że taki słabiutki, stary człowiek, a on swoją siłą ducha, poderwał do śpiewu i modlitwy cały tłum. Wskazał nam na Krzyż i powiedział, że „..tak i nam trzeba silnie stać.” 

Więc trzeba nam podnieść głowy, „Błękitne rozwinąć sztandary...”, a na początek „pozbyć” się  prelegentów, co próbują mącić w głowach młodzieży; jak oni przyjadą na wykład, to my wstańmy do śpiewu- chcą?- to niech siedzą i słuchają, a nie, to niech odejdą. Druga sprawa- trzeba wreszcie sprzeciwić się kołchozowej modzie, czas wrócić na swoje........

 

POWTÓRZE DZISIAJ SŁOWA MOJEGO Ś.p TATY: "....CZAS WRÓCIĆ NA SWOJE..."

 

 

 

 

 PS. CZY JUŻ WIESZ DLACZEGO TAK BARDZO POPIERAM OBECNY RZĄD

 

 

 

 


 

KOMENTARZE

  • Witaj Damo
    Bardzo klimatyczne , oddające tamte czasy z lekkim tłem historycznym, oraz wspaniałe opisy przyrody . Wprawdzie przeczytałem szybko, ale od razu ożyły wspomnienia z mojego dzieciństwa. Poczułem zapach siana w nadciągającej burzy i słyszałem odgłosy ucieczki przed nawałnicą. Pamiętam wiejski drewniany kościółek drzemiący w letnim upale , kojący chłód pod dzwonnicą i zimną wodę święconą przy wejściu . Pamiętam kurz, wszechobecny kurz na wyschniętych polnych dróżkach, który w ulewy zamieniał się w kleiste błoto .Oczywiście uroczystości religijne, które zawsze miały oprawę świąteczną i każdy czuł się tam potrzebny i doceniony.

    Wspaniałe jak nasze dzieciństwo.

    Kiedy całość w księgarniach?

    pozdrawiam serdecznie ;)
  • @Zorion 18:58:36
    Witaj Rycerzu!
    Mówisz- "tamte czasy?"- no nie myślałam, że żyłeś w tamtych czasach- zwracam honor, Rycerzu.
    Tekst tutaj skopiowany jest tekstem roboczym, przed korekta- całość w Wydawnictwie. Kiedy się ukaże- trudno powiedzieć.. Czekamy- pozdrawiam. Dama (Kameliowa?)- tylko, gdzie te kamelie?- a może to i lepiej bo tamta historia nie ma happy end-u.
  • Heleno
    Dzięki za notkę
    przynajmniej jedna bez żydów rosjan ,banderowców i .....
    zielonych bieszczadzkich ludzików
    5+
    Zdrowia
  • @Husky 20:00:28
    Dziękuję Zbójniku- i przyznaję Tobie racje, już nie chce się czytać. Pozdrawiam.
  • @alfa.com.hel 19:45:38-
    Lady,

    Raise a toast to your book !

    http://devel.telemagazyn.ppstatic.pl/c0/71/0bdac9f4ee0309c7061fe9a5e892.1000.jpg


    From the south of Poland with love
  • @alfa.com.hel 20:05:45
    A i kociarze też dalej szaleją

    http://67.media.tumblr.com/ffa8cbde5991d0f26ba23e4a738c47ed/tumblr_mo7drqF1pf1rsuh7vo1_500.gif
  • @Zorion 20:30:19
    Toast- for the succes of Knight.
    And this love?- wife certainly Lucky...I greet you heartily...
  • @Husky 22:15:03
    Oj szaleją!!! Maja radochę bo ty tylko nimi można zapełnić stronę środkową i lewą...
    Pozdrawiam.
  • @alfa.com.hel 23:02:04
    Dzieki Heleno i
    Dobrej nocy

    http://67.media.tumblr.com/ea16e49be5b5d78cbde607e62d2559fb/tumblr_n3fhewJRXr1twpfwuo1_400.gif
  • @alfa.com.hel 23:00:34
    http://m.neon24.pl/57b26ea290bd05b330c0e09fb48c66aa,0,0.gif
  • @alfa.com.hel 00:20:20
    Ja już wiem że, nigdy nie trzeba słuchać kwiatów. Trzeba je oglądać i wąchać.
    Mój kwiat napełnił całą moją planetę swoją wonią, lecz nie umiem się nim cieszyć.


    http://kobietawielepiej.pl/sites/default/files/kwiaty-na-walentynki-poradnik-dzien-kobiet.jpg

    best wishes for the weekend :)
  • @Zorion 19:55:35
    What is this flower?
    Why are not to enjoy? Today I had a meeting tomorrow autorskie- photos from the meeting.
    Ciesz się swoim kwiatem..

    Pozdrawiam. Miłego wekeendu.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

ULUBIENI AUTORZY